07.01.2015

Stare odchodzi, nowe przychodzi...

Na wstępie chcę wszystkim podziękować za życzenia noworoczne, które otrzymałam pocztą, telefonicznie, mailowo oraz oczywiście w komentarzach pod postami. Jednocześnie chcę przeprosić wszystkie te osoby, do których nie dotarłam z życzeniami noworocznymi. Mam nadzieję, że mnie rozgrzeszycie po przeczytaniu posta...
Pożegnałam Stary Rok a wraz z nim radości i smutki codziennego życia. Jestem ciekawa co przyniesie Nowy Rok, czy będzie równie łaskawy w kwestii sprzedaży mieszkania, czy zdrowie dopisze na tyle, by móc realizować kolejne życiowe plany, czy wszyscy w komplecie zasiądziemy do kolejnej kolacji wigilijnej...?
Odchodzący rok uraczył nas (Opolszczyznę) odrobiną białego puchu. Zabraliśmy pieski za miasto aby mogły nacieszyć się chwilą wolności. Spacer nie trwał zbyt długo, Maluchy szybko zmarzły i z radością wróciły na tylne siedzenie samochodu.
 

 -
 -
 -
 -
 -
*   *   *
Jedak pierwsze dni Nowego Roku zapamiętam na długo z innej strony.
Rozchorował się poważnie nasz członek rodziny, ten na czterech łapach...
Ramzes w sobotni poranek był osowiały, niechętnie przyjmował pożywienie. W niedzielę jego stan zdrowia pogarszał się z godziny na godzinę. Psina wymiotował na przemian z biegunkami, gasł w oczach z każdą chwilą. W kulminacyjnym momencie praktycznie wydalał z siebie „płyny” co kilka minut. Gdy w łazience chlusnęła z niego krew (odbytem) moja wiara w przeżycie ukochanego przyjaciela legła w gruzach. Wpadłam w totalną panikę, płakałam, nie wiedziałam co począć, była niedziela, zamknięte gabinety weterynaryjne! Zadzwoniłam do weterynarza, do którego chodzimy od wielu lat. Po około 15-20 minutach lecznica była już otwarta w oczekiwaniu na pacjenta. Jadąc z Mężem samochodem „wyłam” całą drogę, byłam niemal pewna, że wizyta zakończy się uśpieniem psa, mojego najlepszego, najwierniejszego przyjaciela, który trwa przy mnie w radościach i smutkach od 10 lat.
Po dokładnym zbadaniu i braku jednoznacznej diagnozy podjęliśmy walkę o ratowanie pupila. Natychmiastowa kroplówka na skrajnie odwodniony organizm, 6-7 zastrzyków, test na parwowirozę i cała masa zleconych badań krwi na cito. Po godzinie wyniki były gotowe i nie potwierdziły ani ostrej niewydolności nerek, ani marskości wątroby. Parwowiroza także została wykluczona. Pęknięty wrzód żołądka, perforacja jelita, ciało obce w przewodzie pokarmowym, silne zatrucie to kolejne brane pod uwagę przyczyny.
Opuściliśmy gabinet z reklamówką leków i ogromną nadzieją na przeżycie Malucha. Następnego dnia rano kolejna wizyta u weterynarza, kolejna kroplówka i porcja zastrzyków. Dalsze leczenie w domu, który zamienił się w szpital a ja po raz kolejny stałam się pełnoetatową pielęgniarką.
 
 
Ramziu od zawsze był idealnym pacjentem. Robiłam mu zastrzyki podskórne i domięśniowe, podłączałam kroplówki, zmieniałam opatrunki. Jest przy tych czynnościach niezmiernie cierpliwy, spokojny i pokorny.
Kroplówki wisiały na lampie sufitowej lub półce ściennej. „Chorowitek” przez trzy godziny był uziemiony na moich kolanach, bądź sam dzielnie leżał na fotelu owinięty w gruby, ciepły ręcznik.
 
 -
 
Teraz zostały już same antybiotyki, które podaję dwa razy dziennie. Maluch odzyskał chęć do życia, przyjmuje posiłki, nie wymiotuje, biegunki jeszcze się utrzymują ale w minimalnym nasileniu. Najważniejsze, że nie ma już krwawych wydzielin. Chodzi na krótkie spacery pod blokiem, chwilami bawi się swoimi zabawkami, resztę czasu spokojnie przesypia.
Nie mogę jeszcze mówić o całkowitym wyleczeniu. Nadal jest na lekach, nadal nie znamy przyczyny choroby i nadal nie mamy pewności, że po zakończeniu antybiotykoterapii objawy nie wrócą.
Każdego dnia budzę się z nadzieją, że wszystko dobrze się zakończy, że mój najwierniejszy przyjaciel będzie jeszcze ze mną przez kolejne 6, może nawet 8 lat.
Najgorsze jest to, że znowu z ogromnym problemem zostałam zupełnie sama. Mąż 6 stycznia, po dwutygodniowym świątecznym urlopie pojechał już do pracy, Syn jest w Warszawie.

Patrzę teraz na Maluchy, śpią oboje przytuleni do siebie. Gaja nie odstępuje od towarzysza życia, tkwi przy nim w zdrowiu i w chorobie, pociesza liżąc go w pyszczek, w oczy i uszy, tam gdzie ten lubi najbardziej.
 
 -
 
Oby tylko wszystko dobrze się skończyło.
Ta malutka psinka już tyle w życiu wycierpiała:
obustronne zapalenie płuc, dwukrotnie zerwane ścięgna krzyżowe,
dwukrotnie rozerwana rogówka, zatrucie... To jego trzecia walka o życie.
Proszę, trzymajcie mocno kciuki.