02.04.2013

Wielkanocne wspomnienia...


Zaledwie od kilku godzin jestem w swoim „m”. Myśli jeszcze krążą 100 km dalej... Rozpakowuję walizkę, mam wrażenie, że moje ciuszki przesiąknięte są wioseczką, tamtym klimatem. Dopada mnie nieodparta ochota by położyć głowę na stercie „fatałaszków” i zasnąć. Może sen sprawi, że znowu znajdę się w moim małym raju...
To były w moim życiu drugie święta (po B.N.), które spędziłam z dala od rodzinnego domu, Rodziców i Syna. Czy było mi z tym faktem ciężko? Otóż nie, zupełnie nie! Chyba dopiero teraz dociera do mnie, że zbyt mocno przywiązana byłam do najbliższych, że kosztem tego przywiązania nie mogłam właściwie zadbać o swoje własne życie, o swoją przyszłość. Rodzicom jest dobrze we dwoje, nadal kochają się jak wówczas, gdy mieli po 30 lat. Pod bokiem mają ukochanego, jedynego Wnuka, w „trójkącie” jest Im równie dobrze ;)


Wsiąkam w moją wieś coraz bardziej i bardziej. Tu nic nie jest takie samo jak w mieście. Święta mają inny wymiar, bardziej duchowy. Przygotowania odbywają się bez „miejskiej nerwówki”, wszystko spokojnie, bez pośpiechu, wspólnymi siłami. W tym roku było mega kolorowo :) Pasiaste jajeczka widoczne na zdjęciach to wydmuszki, które ściśle okleiłam cieniowaną muliną. Zaś z kolorowego papieru zrobiłam jajeczka, które zdobią wierzbę mandżurską. Są lekkie, więc każdy najmniejszy podmuch powietrza wprawia je w ruch. Mój Gospodarz natomiast poświęcił sporo czasu i cierpliwości na stworzenie przepięknych brył kwiatowych, które były ozdobą stołu. Misternie składał kolorowe karteczki do zapisków o rozmiarach 8/8, by potem je odpowiednio posklejać. Jedna taka kwiatowa bryła złożona jest z 30 karteczek! Zaś dwie bryły złączone ze sobą tworzą formę na kształt kuli, którą można zawiesić, np. pod lampą bądź w oknie.





Zadbaliśmy aby w wielkanocnym koszyczku nie zabrakło jajek, kiełbaski jałowcowej i myśliwskiej, miniaturowego chlebka, babeczki, oraz mazurka. Znalazło się miejsce dla czekoladowych jajeczek, zaś obowiązkowo swoje miejsce zajął zestaw pieprz + sól, oraz baranek. Pojawienie się nowej osoby wśród wiejskiej społeczności budzi pewnego rodzaju "atrakcję". Zwłaszcza jeśli ta atrakcja zjawia się cała w czerni, w wypełnionym po brzegi kościele podczas sobotniej adoracji i święcenia pokarmów... Na szczęście mam to juz za sobą! :)
W niedzielę sprawowaliśmy rolę gospodarzy, na świątecznym śniadaniu gościliśmy rodzinę Rafała. Zaś w poniedziałek to my byliśmy goszczeni.
Święta upłynęły w rodzinnej atmosferze, w spokoju, radości i... miłości :)
I choć za oknem panoszyła się nadal Pani Zima, w naszych sercach panował maj :)



Mój czterodniowy pobyt na wsi dobiegł końca. Chwila, kiedy wróciłam do swojego „m” nie przypominała euforii, zwłaszcza że... :( Z moim Gospodarzem zobaczę się dopiero za 3-4 tygodnie. Rafał został delegowany na kurs szkoleniowy, który musi zakończyć egzaminem państwowym. Ponieważ wiąże się to ściśle z przejściem na bardziej odpowiedzialne stanowisko, i co za tym idzie wyższe wynagrodzenie, pokornie przyjęliśmy ten fakt okupując go dłuższą niż zwykle rozłąką. Trzymam kciuki Kochanie! :*

To tyle jeśli chodzi o świąteczne wspomnienia. A teraz czas na rzeczywistość,
czyli na pierwszy ogień: pranie, gotowanie i zakupy.

Mam nadzieję, że u Was były równie radosne święta,
a czas spędzony z najbliższymi na długo pozostanie w pamięci.
Pozdrawiam Was bardzo serdecznie :)