02.03.2013

"Ostatnie natarcie"


Od poniedziałku fizycznie jestem w swoim „m”, ale myślami nadal tam, gdzie moje serce...
Podróż z Panem „T” (przyjacielem Gospodarza) znacznie ułatwiła mi życie. Człowiek ten był tak miły, że zabrał mnie spod samego mieszkanka w mieście, pod samiuśki domek na wsi. Droga, z uwagi na niesprzyjające warunki pogodowe przeciągnęła się do pełnych dwóch godzin, ale upłynęła w atmosferze nieustających rozmów. Dziękuję stokrotnie! :)

***     ***     ***
Ostatni weekend na wsi pokazał co potrafi Matka Natura. A ona pogroziła wymownie palcem i rzekła: „Ja Wam jeszcze pokarzę!” I stało się; śnieg sypał praktycznie bezustannie. Mój Gospodarz nie nadążał z odśnieżaniem podwórka i podjazdu...




Na szczęście w domu, w sercach, i na talerzu panowała dużo cieplejsza atmosfera ;) Gdy przyjechałam czekał już upieczony murzynek, który w duecie z kawą... Co tu będę pisać, same wiecie jaki to raj dla podniebienia :) Ciasto upiekła Mama Gospodarza (fot. przy piecu); kobietka drobniutka, malutka, bardzo uczynna, pracowita i serdeczna. Dziękuję Pani Grażynko, było przepyszne :)

Smutna minka "Cześka" na widok pustego talerzyka...
Bez obaw, łakomczuch także dostał swoja porcję :)


Po obiadku należało nieco się poruszać, spacer z Chesterem po „ogrodowych zaspach”, gdzie śnieg zalegał do wysokości kolan okazał się niezastąpiony...


Wieczór tego dnia był niesamowity! Godz 21, a niebo jasne, skąpane w blasku śniegu, absolutnie nie idące w parze z faktem, iż nadchodzi noc. Nie mogłam się oprzeć temu urokowi, chwyciłam za aparat i biegałam wokół domu. W tym samym czasie Rafał chwycił za łopatę do odśnieżania, by po raz kolejny (w tym dniu) zniweczyć chytre plany Pani Zimy...

fot. ze statywu

fot. "z ręki"

fot. "z ręki"

W niedzielę natomiast urządziliśmy sobie wycieczkę nad zalew.
Fotorelacja i mam nadzieję tym samym ostatnia porcja zimowej scenerii w następnym poście, czyli jutro.

Zatem do jutra :)