19.02.2013

Zaległości...

...które powodują, że zupełnie nie wiem od czego zacząć?
Może wrócę na moment do okresu świątecznego...
Wiecie ile mam lat – „dzieści”... I przez te całe, okrągłe dzieści lat nigdy, przenigdy nie spędziłam świąt poza rodzinnym domem, bez obecności moich rodziców, a potem także jedynego syna. Aż wreszcie teraz nadszedł ten moment...
Wyjechałam na cały dwutygodniowy okres świąteczny na wieś, do mojego Gospodarza. To był przepiękny czas, pełen dobroci i miłości. Był też dreszczyk emocji, kiedy to w ostatni dzień roku zwijałam się z bólu, i zamiast świętować nadejście tego co nowe, wylądowałam na pogotowiu pod czułą opieką Rafała. Seria zastrzyków i powrót do domu, gdzie w troskliwych objęciach ukochanego przespałam największe salwy noworocznych petard i sztucznych ogni.


Było, minęło, to już przeszłość. A co teraz?
Teraz moje życie wywraca się do góry nogami. Ogromna walizka na kółkach, niczym stała dekoracja nie opuszcza przestrzeni mojego „m”. Średnio co dwa tygodnie wsiadam w pociąg i przemieszczam się pomiędzy województwami: opolskim i dolnośląskim. Od kiedy Rafał podjął nową pracę w amerykańskim koncernie samochodowym (praca dobra, więc trzeba pilnować jak "oka w głowie"), przyjazdy do mnie ograniczyły się do minimum. Tę rolę przejęłam ja, i z nieskrywaną radością podążam za biciem swego serca...

Dni, kiedy jestem sama w swoim „m” urozmaicam wieczorami blaskiem świec, zapachem kadzideł lub olejków eterycznych oraz gorącą herbatką. W temacie palenia olejków wpadłam na pewien pomysł... Pojemnik na biurowe przybory z metalowej siatki, na którym umieściłam szklaną „miseczkę” z wodą i olejkiem. Powstał „kominek”, taki całkiem inny, taki mój ;)


Nadal przestrzegam tego co jem, ile jem, i kiedy jem, ale wszystko w granicach zdrowego rozsądku. W dalszym ciągu zajadam się tylko i wyłącznie chrupkim pieczywem. Tradycyjny chlebuś i wszelkie bułki, rogale, tosty, bagietki i tym podobne wyparłam nie tylko z jadłospisu, ale także ze świadomości ich istnienia ;) Jak widać na załączonych zdjęciach, kocham wszelkie białe serki, oraz warzywa, bez wyjątku wszystkie. Nadal jako kanapkowy dodatek króluje czarna rzepa w przyprawach ze szczypiorkiem i oliwą, pycha! :)


Za to obiad... Przyznaję, że w tej kwestii jem na co tylko mam ochotę. Są to np. wcale nie tak dietetyczne naleśniki z białym serkiem i ulubionym dżemem, czy kluski na parze w mega niedietetycznym sosie pieczarkowo – cebulowym ;)


I wiecie co? Waga nie skacze w górę! I chyba odkryłam „amerykę” dlaczego tak się dzieje. Otóż najważniejsze jest samo nastawienie i podejście do tematu. Nic na siłę, nic za wszelką ceną i „po trupach”! Za to zawsze z dużą wiarą we własne możliwości i ogromną dozą auto sugestywnego przekonania, że się uda, że podołamy, że dobrniemy do wytyczonego celu...

Tak na marginesie, „telewizor” mi nieco zmalał,
z panoramy przeobraża się w stary format 4:3 hi hi hi...

*          *          *          *          * 
Podczas ostatniego pobytu na wsi, mój gospodarz podarował mi zegarek, ot tak, bez okazji, całkiem spontanicznie. W dodatku taki jak lubię: duży, męski, masywny, na bransolecie. Cieszę się nim do tego stopnia, że ostatnio położyłam się spać nie w ciuszkach, a właśnie w zegarku ;) Dobrze, że tego nie widziałeś Rafałku :)


Na zdjęciu także dowód na grzech jaki popełniłam...
Skusiłam się na ciemne pieczywo z serkiem topionym i ćwikłą z chrzanem, którą lubię do śniadania nie tylko podczas świąt wielkanocnych.

*          *          *          *          *
Tyle na dzisiaj. Kolejny post będzie o ciuszkach i zwierzęcym wygodnictwie...

Pozdrawiam wszystkich odwiedzających :)


PS
Serdeczne uściski dla mojej ukochanej Anulki oraz dla Małgosi z Warszawy.
Buźka dla Was Dziewczyny :*