21.02.2013

"Nowe" zdobycze ciuszkowe.


Znowu odwiedziłam moje ulubione SH, i znowu udało mi się ustrzelić okazy iście w moim stylu. Takie polowania nie są częstym rytuałem, ale jak już się na nie wybiorę, to wracam z pełną reklamówką.
Od kilku lat prowadzę w kalendarzyku zapiski wydatków. Pomijam jedynie żywność, leki oraz chemię, bez których codzienne życie nie miałoby racji bytu.
Kilka dni temu przeanalizowałam ubiegły rok pod kątem zakupów w SH. Oto całoroczne zestawienie: 33 ciuszki za łączną kwotę 328zł. Oznacza to, że średnio na jedną rzecz wydałam 9,9zł!!! Powiedzcie, jak tu nie lubić „ciucholandów”? Najnormalniej w świecie nie da się i kropka! :) A zalety? Jest ich całe mnóstwo! Bez problemu znajduję rzeczy w moim ulubionym kolorze. Często udaje mi się trafić na ciuszki w ulubionym stylu: szerokie rękawy, wstawki koronkowe lub siateczkowe, falbanki, długość do samej ziemi... Wybieram "fatałaszki" tylko i wyłącznie w idealnym stanie, często całkowicie nowe, z metkami. Ale przede wszystkim są unikatowe, bo zawsze w ilości sztuk 1 :)
Jak zobaczyłam tę koronkową bluzeczkę z mega cudnistymi rękawkami to myślałam, że zwariuję z radości, bo od dawna czegoś takiego szukałam. Udało mi się utargować cenę do 9zł, więc nawet nie mierzyłam. Leży jak ulał ;)


Wypatrzyłam tunikę, która ma ciekawe wykończenia: potrójne przeszycia pod szyją, na rękawkach i dołem, oraz charakterystycznie przedłużony tył.


Zwiewna niczym mgiełka bluzeczka z koronkowym wykończeniem przy dekolcie, oraz bawełniana kamizela także z charakterystycznym przedłużonym tyłem:


Ciepły, zimowy sweter na zamek, ale uwaga... nie biały!
Oczywiście dominuje biel, ale włóczka tak naprawdę ma domieszkę bardzo, ale to bardzo jasnych pasteli w kilku tonacjach błękitu, różu oraz lila.
Jest cudny! :) Nawiasem mówiąc „ja i pastele”... Bez komentarza ;)


Ten nabytek także sprawił mi ogromną radość. Mięsiste, lejące, pięknie się układające, długie „zakładane” poncho, które można kreować na kilka sposobów:


Można również okryć się nim w całości, na ramiona narzucić ciepły szal i mamy wersję na chłodniejsze dni:


Ponieważ mamy jeszcze zimę, pokażę moje ulubione zimowe zdobycze, którymi cieszę się już kilka lat. Ciepła kamizela w stylu kurteczki, obszyta obficie sztucznym futerkiem. Niezastąpiona wówczas, gdy marznę i nie chcę wchodzić pod kocyk ;)


I ukochany płaszczyk, który towarzyszy mi od wielu zim. Tak bardzo go lubię, że ciężko mi się z nim rozstać i zastąpić go inną „nowością” z SH :)
Aby go nieco urozmaicić noszę go na dwa sposoby: jako jednolicie czarny, oraz z dodatkiem wełnianych, puszystych wykończeń, które zrobiłam na szydełku pod wymiar i doszywam w zależności od upodobania:


Na dzisiaj wystarczy. Wracam do obowiązków, choć już czuję się bardzo senna. Rano pakuję walizkę i wybywam na moją ukochaną wieś. Cieszę się ogromnie, gdyż wieloletni i jedyny (taki od serca, prawdziwy) przyjaciel Rafała wyszedł z pewną propozycją... Otóż człowiek ten mieszka w tej samej wiosce, ale pracuje na opolszczyźnie. W każdy poniedziałek rano wyrusza do pracy, gdzie zostaje aż do piątku. Natomiast w każde piątki wraca do żony i dzieci przejeżdżając obwodnicą mojego miasta. Już rozumiecie? Dzięki uprzejmości pana T. będę w piątki (przy okazji) zabierana na wieś, a w poniedziałki (także przy okazji) odwożona do domu. Już nie muszę się tłuc pociągami! Hura, co za ulga! :)
Ostatnio spoglądając na te moje cztery kąty uświadamiam sobie straszną pustkę i smutek. Niby mieszkanko przytulne, ciepłe, suche, słoneczne, jasne. Niby urządzone tak, abym czuła się w nim jak we własnej skórze, czyli „po mojemu”. A jednak nie czuję się tu szczęśliwa... Dlaczego?



„TAM DOM MÓJ, GDZIE SERCE MOJE”...


Walizka już czeka.
A więc, do następnego razu Kochani!
Dbajcie o siebie, bo zima wraca.


PS
Miały być dwa tematy, ale stwierdziłam, że post wyjdzie przydługi.
Nadrobię to przy innej okazji. Zdjęcia zwierząt już czekają w kolejce :)