10.11.2012

Jesiennie w moim "m".

Uwielbiam tę porę roku, zwłaszcza jeśli jest to piękna, polska złota jesień okraszona różnorodnością barw od żółci, poprzez pomarańcz, aż po odcienie brązu. Uwielbiam ją też za nostalgiczny klimat, bębniący o parapet deszcz, cudowne zachody słońca, czy szeleszczące pod butami liście.
W moim „m” też zrobiło się jesiennie; rozgościły się rumiane jabłuszka, orzechy włoskie, szyszki, i wszelkiego rodzaju suszki. Miło jest wieczorkiem posiedzieć w blasku świec, które romantycznie rozświetlają „okraszone” jesienią zakamarki.





Pierwsza różyczka, którą dostałam od mojego Gospodarza na pierwszym spotkaniu.
Ta pierwsza, najważniejsza, zostanie ze mna na dłużej...






Moje "kamienne" figurki znalazły już swoje miejsce:


W temacie „gubienia kilogramów”...
Od blisko 2-3 miesięcy (już nawet nie pamiętam dokładnie) jestem bez „wspomagaczy”. Jem racjonalnie, o stałych porach, kolacje oddaję wrogowi, a chlebuś jedynie wącham podczas robienia kanapek moim chłopakom :) W dziale „obiad” jeszcze nie zwariowałam; pozwalam sobie od czasu do czasu na ziemniaczki, mięsko okraszone sosem pieprzowym, który robię w sposób jak najbardziej dietetyczny z możliwych. Słodycze oglądam na sklepowych pułkach (wyjątek stanowi ciasto przywiezione przez Gospodarza, lub upieczone przez moją Mamę), za to w chwilach słabości podjadam orzechy włoskie, ziarna dyń lub suszoną żurawinę. Ta ostatnia przypomina rodzynki, tyle, że w nieco innym kolorze i troszkę kwaskowe, ale jakie właściwości zdrowotne! Ostatni posiłek przypada na godzinę 18... AMEN :) Potem może być już tylko jabłuszko lub kubek herbatki, a najlepiej własna ślina ;)


Kilogramy nadal lecą w dół, choć już dużo wolniej, co mnie bardzo cieszy, gdyż nie wpędzę się w błędne koło, czyli słynny efekt jo-jo . Nadal stosuję masaż na uda i brzuch, oraz regularnie wcieram po kąpieli odpowiednie balsamy na różne partie ciała. Mam nadzieję, że waga nie stanie w miejscu, bo jeszcze troszkę brakuje mi do wymarzonego ideału ;)

Listopad, a ja rozkoszuję się arbuzem. Dokładnie tym ze zdjęć, który mój Gospodarz wyhodował w swoim ogrodzie. Nie jest tak intensywnie czerwony, ale za to bardzo słodki i szalenie soczysty.


No cóż, to by było na tyle, zmykam, bo... teraz właśnie jestem w cyklu „cieszenia się sobą”, co oznacza, że... NIE JESTEM SAMA! :) Dzisiaj rano po całych długich, samotnych dwóch tygodniach rozłąki przyjechał Rafał i znowu mamy dla siebie okrągłe 10 dni!
Zatem pełna euforii biegnę wtulić się w silne, męskie i zarazem czułe objęcia :)

Bądźcie zdrowi i do następnego razu Kochani :)