17.10.2012

Jesienny spacer.


Jeszcze nie tak dawno cieszyłam się wsią, atmosferą spokoju, sielskiego klimatu, powietrza przepełnionego świeżością.
Teraz, będąc już u mnie, w mieście staraliśmy się dostrzegać uroki miejskiego życia, które w ostatecznym rozrachunku przegrywają z wolnością i swobodą jaką oferuje wieś.
Pora już schować do kufra jej słomkowy kapelusz i jego ulubione letnie buty z wężowej skórki. Łapiąc ostatnie ciepłe promienie słońca wybraliśmy się na spacer obrzeżem mojego miasta. Ta część zdecydowanie bardziej przypomina nam wiejskie klimaty...


Spacer, to nie tylko „dreptanie” nóżkami trzymając się za ręce.
Spacer to także kroczenie drogą życia, najlepiej we dwoje,
bo „dwójeczka to taka Boża liczba” ;)











Dzieli nas odległość blisko 100km, dlatego aż do wiosny będziemy się widywać co drugi weekend i krążyć między miastem a wsią. Zaś potem...
Co będzie potem z pewnością napiszę w odpowiednim czasie.
A teraz do łask wrócił telefon z opcją połączeń rodzinnych, oraz kamerka internetowa. Czas rozłąki jest bolesnym okresem, ale paradoksalnie bardzo zbliża, z uwagi na fakt utrzymywania stałego kontaktu psycho-metafizycznego.
Kiedy jednak nadchodzi „ten” dzień, dzień spotkania jestem cała w euforii!!! :D
Wiem, że pojawi się jak zawsze z piękną, białą różą w przybraniu, odziany w ulubioną czarną lub czerwoną koszulę z postawionym na baczność kołnierzem. Wniesie jak zwykle reklamówki wypakowane „wiejskimi darami”, przytuli mnie czule i podaruje najpiękniejszy uśmiech pełen dobroci.
Żadne skarby, pieniądze i wszelkie ziemskie dobra nie zastąpią tego, do czego stworzony został człowiek; do miłości, do bycia z drugim człowiekiem na dobre i złe, aż do końca, do ostatniego tchnienia...
(W tym miejscu pozdrawiam serdecznie moją Aneczkę z bloga „Od pierwszego krzyku, po ostatnie tchnienie”) :)


A najpiękniejszym dowodem uczuć nie jest kolejne „świecidełko”, nowe lepsze auto, czy coroczny wyjazd na Karaiby, lecz scenka z życia codziennego, z szarej rzeczywistości...

Codziennie wieczorem podczas gdy ona brała kąpiel, on siedział tuż obok, zaledwie kilka metrów dalej, przy kuchennym stole, zaczytany w XVI rozdziale powieści. A wszystko z tą myślą, aby ona czuła się bezpieczna z chorym sercem w nagrzanej od pieca łazience. Dzieliła ich ścianka i lekko uchylone drzwi, aby mógł słyszeć „plusk” wody. Gdy nastawała cisza, on natychmiast pytał: „Kochanie, czy wszystko w porządku?”. Czekał tak na nią każdego wieczora pół godziny, godzinę, bez zbędnych słów, bez ponagleń, w ciszy, pochłonięty treścią książki. Mógł „zatopić się” bez pamięci w wieczornym filmie akcji, lub "ugrzęznąć" na dobre w internecie. Jednak dla niego priorytetem było jej dobro...
Kiedy wychodziła czyściutka i pachnąca, odprowadzał ją do łóżka, z tym samym anielskim spojrzeniem jakim patrzy na nią w ciągu dnia. Ciepłymi dłońmi serwował jej na deser masaż całego ciała, by w końcu mogła wygodnie ułożyć się na jego ramieniu i spokojnie zasnąć. W nocy, przez sen czuła jak delikatnie całuje ją w czółko i cały czas mocno przytula okrywając kołderką...”

To dla mnie najpiękniejsze dowody miłości, oddania, bezkresnej troski i opieki, które człowiek potrafi ofiarować z głębi serca, o ile tylko wysili się by zaczerpnąć z dna...
*          *          *          *          *
Jednak w życiu nie zawsze jest tak pięknie,
musi być zachowana równowaga pomiędzy black & white...

Moja mała szczurzyczka Ogonka zakończyła swój „spacer życia”
właśnie dziś, jesienną porą, rankiem, koło godz 8...


Ostatnie miesiące były męczarnią dla niej i dla mnie. Zaatakował ją wirus typowy dla szczurków, który sieje spustoszenie wśród dorosłych osobników w obwodowym układzie nerwowym prowadząc do paraliżu tylnych kończyn. Cały tył odmówiły funkcji życiowych, Ogonka nie trzymała moczu, załatwiała się bezwiednie pod siebie, nóżki niczym ołowiane ciężarki wlokła za sobą. Nie potrafiłam jej uśpić, niemal do samego końca miała wilczy apetyt, jakby chciała mi pokazać jak ogromną ma wolę życia, jak bardzo walczy o każdy kolejny dzień. Przyznam szczerze, że ostatnie dni prosiłam Boga, aby ukrócił jej cierpieniom. Wczorajszą noc praktycznie nie spałam, budziłam się wielokrotnie nasłuchując naturalnych odgłosów wydobywających się z klatki. Czuwałam nad jej życiem, lub może powitaniem śmierci...
Ogonka dołączyła już do Hektora, Freda, Pinki, Czarki, oraz Myszki.
Bądź szczęśliwa moja Maleńka :(

Teraz żal mi tylko Ramzeska, który kochał to małe zwierzątko całym swoim psim serduszkiem. Zagląda biedaczek do pustej klatki i „płacze”. Nie pojmuje dlaczego nie ma w niej Ogonki, dlaczego przez kraty nie patrzą na niego malutkie czarne jak węgiel ślipka, i gdzie podziała się maleńka łapka, która lądowała zawsze na jego nosie...


Aby nie kończyć dzisiejszego posta tak smutno, chciałabym wszystkim zakochanym, i tym, którzy wierzą i poszukują prawdziwej miłości zadedykować utwór „EUPHORIA”. Może nie jest to muzyka, której słucham, ale uwielbiam go za teledysk, a ściślej ujmując za scenografię, zapraszam: