15.07.2012

Kruchość życia. Sukienusia.

Witajcie :)
Po fali koszmarnych upałów, w czasie których bardziej przypominałam „żywego trupa”, wróciłam wreszcie do świata żywych ;) Nazbierało się trochę zaległości w każdej dziedzinie życia, więc ruszyłam ze zdwojoną siłą, i nadrabiam dosłownie wszystko; załatwiam sprawy urzędowe, gonię z pracami przy komputerze, robię zakupy, opłaty, sprzątam, szyję, maluję, bielę, fotografuję, czytam, gotuję, i biegam do szpitala...
Mój znajomy, rówieśnik, strażak, mężczyzna „zdrów jak ryba”, nagle od miesiąca czuł się źle, był słaby, z trudem łapał oddech, z ledwością wchodził po schodach do swojego mieszkania. W sobotę zadzwonił do mnie pytając o radę odnośnie serca. W niedzielę już był na Oddziale Intensywnej Opieki Medycznej. Poleciałam do szpitala zabierając ze sobą do torebki mojego ulubionego aniołka, trzymającego na wyciągniętej dłoni serce...
Widok kolegi - rówieśnika podłączonego do urządzeń podtrzymujących pracę serca i układu krążenia był druzgocący :(
Diagnoza i epikryza: „Ciężka niewydolność serca i krążenia. Już nigdy nie wróci Pan do pracy zawodowej, przejdzie Pan na rentę. Ustabilizujemy parametry życiowe i przetransportujemy do wojewódzkiego szpitala, gdzie wszczepimy rozrusznik serca i będzie Pan wpisany w kolejkę oczekujących na przeszczep...”
W jednej chwili człowiekowi runął cały świat...
Byłam w szoku, zresztą do tej pory jestem :(
Wiecie co spowodowało w krótkim czasie takie spustoszenie serca? Bardzo silny stres i depresja, w której ten człowiek żył od blisko roku z powodu ciężkich przeżyć.
Przez kolejne trzy dni przychodziłam do szpitala aby podtrzymać chorego na duchu. Mój aniołek stoi na stoliku przy łóżku i czuwa... Trzymaj się dzielnie kolego - strażaku, myślami będę z Tobą.
*          *          *          *          *
Nie jestem odporna na wszelkie cierpienie, co w efekcie objawia się bezsennymi nocami. Przez kilka dni (a raczej nocy), aby zająć mózg, który jak na złość generował obrazy ze szpitalnego OIOM-u, zajęłam się szyciem, bieleniem, i napisami. Dziś pokażę sukienusię, która wisi w roli woreczka zapachowego. Uszyłam ją ze starej bluzki, którą kiedyś zakładałam tylko na choppera. Od kiedy sprzedałam „dwa kółka” leżała bezużyteczna w szafce. Skusiły mnie napisy, wprawdzie są to treści związane z muzyką, ale i tak wpasowała się w klimat mojego „m”
*
*
*
Ponieważ drewno idealnie chłonie zapachy, we wnętrzu sukieneczki umieściłam grube wióry drewna, które skropiłam olejkiem zapachowym i owinęłam bawełnianą szmatką. Identycznie w taki sam sposób powstał woreczek zapachowy w formie wiązanej sakiewki.
*
*
Nie mogąc zasnąć „gapię się” w księżyc i rozgwieżdżone niebo, te obrazy bardzo koją moje zmysły. „Portret łysego” uchwyciłam pewnej nocy z balkonu:
 *

*
W czasie upałów robiłam obiadki „na szybko”, z uwagi na panujący ukrop w małej kuchni usytuowanej od południa. Zajadaliśmy się z Oskarem makaronem z truskawkami lub malinami, bobem z masełkiem, kalafiorem lub fasolka szparagową z bułką tartą. Pycha! :)
*
 
*

*
A to, dostałam od mojej Mamci.
Że też Ona zawsze coś wypatrzy ;)
*

*
Czuję, że dzisiaj wreszcie normalnie zasnę, powieki mam ciężkie jak z ołowiu.
A jutro, (tzn. już dzisiaj) wybieram się do Was z odwiedzinami :)

Pozdrawiam Was serdecznie.
Dbajcie o zdrowie, życie jest takie kruche...