22.06.2012

Bezsenne noce. Jerzyk.

Ostatnio znowu miewam bezsenne noce, które są wynikiem nawrotów depresji.
Skoro i tak już nie śpię, to przynajmniej mogę ten czas poświęcić na coś przyjemnego, ciekawego i pożytecznego, czyli na pracę z drutem i szczypcami ;)
*
*
Efekty „dłubaniny” na poniższych zdjęciach.
Powstały też przy okazji „efekty” na moich dłoniach; na prawej dwa pęcherze mniejsze (palec serdeczny i mały), oraz jeden ogromny pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym. Lewa dłoń dostąpiła zaszczytu dwukrotnego wbicia drutu w opuszki kciuka i małego palca. Jedynie palce środkowe nie doznały uszczerbku :) Wiecie dlaczego się uśmiecham? Bo przyszło mi na myśl, że młodzież często tymi właśnie palcami pokazuje sobie mało pochlebny gest „fuck off”. Czyżby dla tych celów palce ocalały? ;)
Z pewnością nie, nie stosuję takich zwrotów „grzecznościowych” :)
Powstało 10 sznurów łańcucho – korali.

Te modele są moimi faworytami.
Do ich wyrobu użyłam okazałych egzemplarzy korali akrylowych z diamentowym szlifem:
*
*
*
Najżmudniejszą i najbardziej pracochłonną czynnością jest zaopatrzenie wnętrza każdego koralika w drut i zakończenie go z obydwu stron „oczkiem”. Koralików użyłam ok 180 sztuk, co daje razem ok 360 oczek!
Muszę przyznać, że podczas tegorocznych wakacji nie będę miała powodów do narzekań w stylu: „ja nie mam co na siebie włożyć” ;)

Przy okazji chciałam Wam zdradzić mój wieloletni patent na biżuterię z metalu imitującego srebro, która często lubi się ścierać lub zmieniać kolor.
Wszelkie kolczyki, wisiory i bransolety czyszczę i pokrywam dwukrotnie warstwą... lakieru do paznokci. Jeśli użyjecie lakieru bezbarwnego z mikrocząsteczkami srebrnego pigmentu refleksyjnego efekt przejdzie Wasze oczekiwania :) Tak „zakonserwowana” metalowa biżuteria zachowuje swój piękny wygląd na długie lata. Warstwa lakieru nie ściera się, a same ozdoby już nie wymagają czyszczenia, jedynie od czasu do czasu przetarcia suchą szmatką.
*
*          *          *          *          *
Kilka dni temu miałam niespodziewanego i dosyć kłopotliwego gościa, zawitał do mnie Jerzyk...
Nie był to jednak mój Tatko, ani dobry przyjaciel, który nawiasem mówiąc bardzo mi pomógł w ostatnim czasie, i któremu wiele zawdzięczam.
Nie był to także jeżyk z kolcami, bo ten jak wiemy pisze się przez „ż”.
Był to Jerzyk Zwyczajny- średniej wielkości ptak wędrowny z gatunku jerzykowatych. Są bardzo mylone z Jaskółkami, z którymi nie są w ogóle spokrewnione. W przeciwieństwie do nich mają jednolicie ciemne ubarwienie, a podczas lotów często szybują i głęboko uderzają skrzydłami nie zginając ich. Jaskółki w odróżnieniu mają jasne fragmenty upierzenia na spodzie ciała i szybko trzepoczą skrzydełkami podczas lotu.
*
*
Jak zatem trafił do mnie kłopotliwy gość?
Jak zwykle za sprawą mojego ukochanego synka, który od urodzenia miał wpajaną miłość i troskę względem zwierząt...
W swoim 17-letnim życiu próbował już ocalić niemal wszystko, łącznie ze ślimakami, które mogły być rozdeptane, i żabkami, którymi dzieciaki bawią się w... kosmitów (ze względu na barwę).

Wracał synuś w niedzielne popołudnie od Dziadków i na uczęszczanym chodniku osiedlowym „spotkał” ptaszka, który siedział na środku i wcale nie uciekał. Przy próbie zbliżenia się biedaczek bardzo nieporadnie przebierał łapkami i absolutnie nie potrafił wzbić się w powietrze. (Jerzyki nie potrafią poruszać się po ziemi ze względu na bardzo specyficzną budowę nóg, a zwłaszcza palców, gdzie wszystkie ma skierowane do przodu, czyli brakuje przeciwstawnego).
Moje dziecię postanowiło ocalić życie ptaszkowi i zabrał go do domu w obawie przed rozszarpaniem przez osiedlowe koty. Z wizyty gościa najbardziej ucieszył się Ramzes, który nie wiedzieć dlaczego kocha wszelkie zwierzęta, które znajdą się w naszym domu. Chyba oszalałby gdyby nie dostał ptaszka do „wycałowania” mokrym jęzorkiem :)
*
*
Maluszek był śliczny, całkowicie opierzony. Niestety zbyt mały i nieporadny aby móc wzbić się w powietrze z ziemi. Tylko dorosły i doświadczony Jerzyk potrafi tę sztukę.
Ja zaś nie potrafię opiekować się ptakami :(
Zginie, jak kilka wróbelków, którym próbowaliśmy uratować życie :(
Jedynym ratunkiem był nasz znajomy weterynarz. Młody człowiek, u którego gołym okiem widać wszechobecną miłość do wszelkich stworzeń. Zadzwoniłam i powiedziałam w czym rzecz. Spodziewałam się takiej reakcji: „Proszę podesłać syna do mnie z ptaszkiem w pudełku po butach. Trochę będę miał z nim zabawy, ale wykarmię go i jak przyjdzie odpowiednia pora wypuszczę na wolność”. Okazało się, że malec jest cały i zdrowy. Musiał wypaść z gniazda, a w takim wypadku nie ma możliwości powrotu.
Czyli... kolejne życie uratowane!!! :)
Kolejne, bo wspólnie zdołaliśmy uratować życie kilku psiakom :)
To był bardzo udany dzionek :)
A skoro był tak miły, to niech także miło się zakończy. Na prośbę syna zrobiłam jego ulubiony letni deser, całą blachę „śmietanowca”, którym raczyliśmy się przez kolejne dni.
*
*
Pozdrawiam Was serdecznie życząc miłego weekendu :)